Nagłówek reklamowy

piątek, 8 listopada 2013

"Olek i wielka wyprawa" - Zofia Woźnicka

     
Historię młodego Olka Harta czytałem wieki temu. Ostatnio pewnie pod koniec podstawówki. Potem chętnie bym do niej wrócił, ale nie byłem w stanie jej odnaleźć - tym bardziej, że pamiętałem jedynie treść, a tytułu i nazwiska autorki zapomniałem do reszty. Ale od czego internet? Długie poszukiwania pomogły ustalić potrzebne dane, Allegro - zamówić książkę w kilka sekund, Poczta Polska przyniosła mi ją do domu. I przez parę godzin przypominałem sobie dzieciństwo...
     Olka poznajemy w wakacje po zakończeniu piątej klasy. Wraz z rodzicami i nowonarodzoną siostrzyczką wyjeżdża na wieś, "pod gruszę". I wszystko jest ładnie i pięknie, Olek integruje się z miejscowymi dziećmi, do czasu pewnej gry w dwa ognie. Nagły atak duszności przeszkodził chłopcu w zabawie, w integracji również. Od tego czasu Olek spędzał czas głównie samotnie. Ataki powtarzały się, ale chłopiec próbował je ukryć przed otoczeniem. Udawało mu się to do czasu przypadkowego spotkania studenta medycyny, który rozpoznał chorobę. Olek cierpiał na astmę.
      Rodzina Olka oczywiście się przestraszyła i wysłała go do lekarza. Z babcią Noną, co zadecydowało o najbliższych miesiącach naszego bohatera. Mianowicie lekarz, po imieniu, odgadł pochodzenie babci Nony, córki polskiego zesłańca i pewnej Gruzinki, i zasugerował, by wysłać chłopca na kurację w góry, do kraju jego przodków.
     Po niezbyt długim wahaniu (z wątkiem koszowo-podsłuchowym) rodzice zgodzili się, żeby Olek wyjechał pod opieką babci, która dzięki temu mogłaby odwiedzić swoje rodzinne strony oraz brata, który pozostał na Kaukazie. Chłopiec wyruszył w daleką podróż - pociągiem, przez Mińsk, Moskwę i Tbilisi. Po drodze zaprzyjaźnił się z wieloma ludźmi - konduktorem, rosyjskim marynarzem, czy młodym mieszkańcem Wybrzeża Kości Słoniowej, który udawał się na studia w stolicy ZSRR. Podróż przez całą Rosję dostarczyła Olkowi wielu zapierających dech w piersiach wrażeń - poznawał rzeczy, o których dotychczas tylko czytał w książkach - morza: Czarne i Azowskie, pyszne soczyste arbuzy, sprzedawane na malutkich stacjach, śpiewające cykady. W Tbilisi na Olka i jego babcię czekał już wujek-taksówkarz, który odwiózł ich do wsi Parateli, gdzie mieli spędzić najbliższe miesiące. 
     Ich przybycie zostało powitane z wielką radością, lecz była ona dość pozorna - brat babci parę dni wcześniej miał poważny wypadek i musiał przebywać w stołecznym szpitalu. W związku z czym babcia pojechała go odwiedzić, a Olek został we wsi sam.
     Nie było to bardzo łatwe, choćby ze względu na barierę językową. Gruzińskiego Olek nie znał wcale, a i rosyjski nie był dla niego bułką z masłem. Stało się to przyczyną jego izolacji od kuzynów i kuzynek - początkowo chętnie spędzał z nimi czas i pomagał im w pracach na rzecz szkoły, pewnego razu jednak przypadkiem podsłuchał, jakoby uważali go za uciążliwego. Od tej pory najchętniej spędzał czas na samotnych spacerach po okolicznych górach.
     W czasie jednej z takich wypraw odkrył średniowieczne ruiny, z pomieszczeniami wykutymi w skałach. Stały się ulubionym miejscem jego zabaw w Robinsona - towarzyszyła mu w nich, w roli Śródki, najmłodsza z jego kuzynek, Maja. Z nią jedną był w stanie się porozumieć i nawiązać przyjaźń. Wraz z nią przeżywał wyimaginowane przygody, wcielając się w postaci z zamierzchłych wieków. Jednak zabawy się skończyły w momencie, gdy na terenie ruin pojawili się starsi od nich obcy. Z dnia na dzień poszerzali swoje terytorium, więc Olek i Maja byli zmuszeni wycofywać się z jednej pieczary do drugiej, aż w końcu musieli zaprzestać zabaw. Postanowili się jednak przekonać z kim mają do czynienia i pewnej burzliwej nocy wybrali się na przeszpiegi. Skończyło się raczej kiepsko - w ciemnościach Maja wpadła do antycznego dzbana na wino, zaś Olek został zmuszony, by szukać pomocy właśnie u podejrzanych obcych.
     Okazało się, że byli nimi prawdziwi archeolodzy, wśród nich studentka z Warszawy. Chłopiec przekazał im przedmioty odkryte w Kamiennym Mieście, służące pomocą w czasie zabaw w Robinsona - i był bardzo zaskoczony, gdy okazało się, że przedstawiają dużą wartość naukową. Została o tym powiadomiona cała gruzińska rodzina Olka, co przyczyniło się w dużej mierze do wyjaśnienia wszelkich nieporozumień między młodym pokoleniem. Cała historia kończy się wielkim winobraniem i jeszcze większą ucztą, po której w niedługim czasie Olek wraca do Polski, wyleczony z astmy i wzbogacony o wiele nowych przyjaźni.
     Nie będę ukrywać, że mam do tej książki olbrzymi sentyment, ponieważ w dużej mierze to dzięki niej rozwinęło się moje zainteresowanie Gruzją. Opisy egzotycznej przyrody, równie egzotycznych i przepysznych potraw, interesujące przygody - to wszystko było czymś, o czym chciałem wiedzieć jak najwięcej i jak najlepiej - choć nie byłem w stanie sobie właściwie wyobrazić czurczcheli. Ostatecznie zjadłem je po kilkunastu latach w Bułgarii, wyglądały nieco inaczej, niż myślałem, ale były nie mniej smaczne. Podobnie jak inne gruzińskie przysmaki. Cała reszta - krajobrazy, klimat, obyczaje, cóż, nadal pozostaje w sferze wyobraźni, choć tym razem już wzbogaconej zdjęciami i filmami. Nauka języka też wciąż na poziomie odbiegającym od ideału. Ale jedno jest pewne - ja tam w końcu dotrę. I będzie mi się podobać. 
     Miłośnikom Gruzji zdecydowanie polecam, dla wszystkich pozostałych - niekoniecznie, choć można, zwłaszcza jeśli ktoś akurat szuka lekkiej młodzieżowej przygodówki z nutką nostalgii. Choć boję się, że pokolenie iPhonów, iPadów, iNternetu i iNnych raczej rzuci książką z krzykiem "co za nuda, jak można się bawić bez najnowszej techniki". Ano właśnie można i to bardzo dobrze. Dodam jeszcze, że książka jest, jak to z ówczesną literaturą młodzieżową bywało, lekko dydaktyczna i ideologiczna - przyjaźni radzieccy celnicy, internacjonalizm w postaci iworyjskiego studenta, pionierzy, wspólne prace na rzecz szkoły, prawujek w Rewolucji Październikowej. Na szczęście nie jest to propaganda nachalna i ordynarna, nie przeszkadza w czytaniu i daje się ją strawić. A sama wieś Parateli - albo już nie istnieje, albo nazwę zmieniła, zachowała się tylko w jakimś XIX-wiecznym raporcie wojskowym, dostępnym w gruzińskiej Bibliotece Narodowej, nazwy pobliskiego jeziora również internet nie zna. Co nie przeszkadza, bo historia mogła wydarzyć się wszędzie...

2 komentarze:

  1. Orany, czytałem, pamiętam, bardzo mi się podobało! (Prof, jakby co)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że nie tylko mnie :) Jak dla mnie bardzo solidny kawałek literatury młodzieżowej i godny polecania :)

    OdpowiedzUsuń